Rzut na taśmę


Dzisiaj będzie po prośbie. Tym razem chodzi o głos w plebiscycie na najlepszą "Książkę na lato". Niektórzy z Was już czytali moją pozycję "W Korei", dla innych przytaczam fragment wraz z video obrazującym moje własne doświadczenia sprzed lat.


Głosować można tylko do dzisiaj (30 maja) na stronie: http://www.ksiazkanalato.pl/index.php?content=glosowanie

Na razie moja książka jest na drugim miejscu i potrzeba jej wiele głosów żeby dogonić faworyta. Mam nadzięję jednak, że damy radę :). Z góry dziękuję, za każdy oddany głos!



ROZDZIAŁ 3: Praca Zawodowa, czyli próby zachowania wewnętrznej spójności

(...) Tak, jak w wojsku, tak i w jaebeolu nie może zabraknąć zintensyfikowanej propagandy rozbudzającej ducha walki, czy podkreślającej wyjątkowość organizacji w skali światowej. W koreańskich korporacjach praktykowane są rutynowe czynności, które pozwalają na łatwe wprowadzenie dyscypliny, budowanie klimatu współpracy i przynależności do grupy. W skrajnych przypadkach przyjęci do pracy absolwenci uniwersytetów – a jest ich rokrocznie kilka tysięcy – przez pierwsze trzy miesiące swojej pracy przechodzą specjalny trening poza Seulem, w jednym z wielu kurortów należących do koncernu. W zupełnej izolacji dzień w dzień uczęszczają na specjalne wykłady o firmie, studiując jej usłaną laurami historię oraz pełną niepodważalnych zalet kulturę organizacyjną. Po zajęciach uczestnicy do późnych godzin nocnych przygotowują ogromny spektakl, na który zapraszana jest kadra zarządzająca, i na który wydawane są bardzo grube pieniądze. (...)


video



Ciąża


Podczas spotkania autorskiego na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki padło pytanie o to, jak w miejscu zatrudnienia traktowane są ciężarne Koreanki. To świetne pytanie, bo odpowiedź na nie wspaniale obrazuje przemiany prawne i społeczne, jakie dokonują się obecnie w Korei. Zmiany te wymuszone są do pewnego stopnia bardzo niskim odsetkiem urodzeń - według oszacowań CIA -The World Factbook na rok 2012 na jedną kobietę przypada tutaj średnio 1,23 dzieci (w Polsce - 1,33).

Na początek kilka faktów. Jeszcze do niedawna koreańskie Prawo Pracy przewidywało 60 dni płatnego urlopu macierzyńskiego oraz 3 dni bezpłatnego urlopu ojcowskiego. Obecnie kobieta ma prawo do 90-dniowego płatnego urlopu macierzyńskiego, z czego przynajmniej 45 dni musi ona wykorzystać po porodzie. W czasie takiego urlopu otrzymuje ona swoją miesięczną płacę podstawową, której wysokość nie może jednak przekroczyć 1,350,000KRW (ok. 3950PLN). Po ostatniej nowelizacji mężczyzna może wykorzystać 3 dni urlopu płatnego oraz dodatkowe 2 dni urlopu bezpłatnego. Dodatkowo, zarówno kobieta jak i mężczyzna mają prawo do rocznego urlopu wychowawczego, w czasie którego otrzymują zapomogę od państwa w wysokości 500,000KRW/miesiąc (ok. 1460PLN) bez względu na wysokość swoich zarobków. Suma ta już w 2012 roku ma wzrosnąć do 1,000,000KRW (ok. 2930PLN). Dla porównania minimalna płaca w Korei w roku 2011 stała na poziomie 900,000KRW (ok. 2630PLN). Ustawodawstwo koreańskie przewiduje jeszcze kilka innych udogodnień dla pracujących rodziców, ale umówmy się - to już jest zupełna fikcja, która w praktyce nie ma absolutnie żadnego zastosowania.

No właśnie, prawo prawem, a jak to wszystko wygląda w rzeczywistości? Na pewno sytuacja w sektorze publicznym przedstawia się dla kobiet o wiele korzystniej: rząd promuje zatrudnienie kobiet oraz przestrzeganie należnych im praw opisanych powyżej (ciekawostka: w koreańskim Prawie Pracy istnieje zapis o prawie kobiety do jednego dnia wolnego w ciągu miesiąca z powodu menstruacji). Stąd liczba kobiet pracujących jako urzędnicy państwowi jest imponująca, co skutkuje między innymi w ich aktywnym udzielaniu się w polityce kraju. Dla przykładu przywódcy dwóch największych partii w Korei to kobiety. Park Geun Hye (박근혜) to lider konserwatywnej Partii Saenuri (새누리당) [50,7% miejsc w ZN], córka zamordowanego prezydenta Park Jeong Hui (박정희), uważanego przez jednych za bezwględnego dyktatora, przez innych za człowieka, który doprowadził do bezprecedensowego rozwoju gospodarczego kraju. Park Geun Hye uważana jest również za poważną pretendentkę do fotelu prezydenta Korei w zbliżających się grudniowych wyborach. Nie ma ani męża, ani dzieci co najprawdopodobniej związane jest z tym, że - po zabójstwie matki na zlecenie północnokoreańskiego rządu - jako bardzo młoda osoba  musiała przejąć obowiązki Pierwszej Damy u boku własnego ojca. Co ciekawe, z ramienia Partii Saenuri do Zgromadzenia Narodowego dostała się również Jasmine Lee, pierwszy nieetniczny (pochodzi z Filipin) reprezentant płci pięknej. Han Myeong Suk (한명숙), urodzona w Pyeongyang, dowodzi bardziej postępową Zjednoczoną Partią Demokratyczną (민주통합당) [42.3% miejsc w ZN]. Jako pierwsza kobieta w Korei oficjalnie piastowała też stanowisko premiera w latach 2006-2007. Zamężna, posiada jednego syna.


Park Geun Hye (박근혜), liderka Partii Saenuri (새누리당).<Źródło>


Han Myeong Suk (한명숙), liderka Zjednoczonej
Partii Demokratycznej (민주통합당)
<Źródło>


Jasmine Lee, pierwsza cudzoziemka (Filipiny) w koreańskim
Zgromadzeniu Narodowym z ramienia Partii Saenuri (
새누리당). 
 <Źródło>



Jeżeli chodzi o sektor prywatny to jest on zdecydowanie zdominowany przez płeć brzydką. Nawet niezamężne i bezdzietne kobiety mają nikłe szanse, żeby wspiąć się na najwyższe szczeble korporacyjnej hierarchii. O tym pisałam już wcześniej na blogu. Jeżeli chodzi o panie, które decydują się na dziecko to ich sytuacja w dużej mierze zależy od kultury organizacyjnej firmy, w której pracują. Zdarza się, że kobietom w sposób zaowalowany uniemożliwia się wykorzystanie prawnie gwarantowanego urlopu macierzyńskiego. Na przykład, kiedy tylko pojawia się brzuszek, przyszłej matce uporczywie sugeruje się przejście "na urlop" (te "dobroduszne sugestie" najczęściej wychodzą od bezpośredniego przełożonego i współpracowników), żeby nie zakłócała ona swoim widokiem porządku w firmie - mężczyźni mają być rzekomo rozpraszani obecnością kobiety przy nadziei. W praktyce często oznacza to, że kobieta musi z pracy odejść, bo nie kwalifikuje się jeszcze do prawnie przysługującego jej urlopu macierzyńskiego... 


W obu konglomeratach, w których przyszło mi pracować, sytuacja miała się trochę lepiej. Kobiety nawet w bardzo zaawansowanej ciąży przychodziły do pracy całe dnie spędzając jednak na dosyć biernym uczestniczeniu w życiu swojej grupy - z powodu swojego błogosławionego stanu automatycznie stawały się osobami "nietykalnymi", którym poważniejszych obowiązków nie powierza się dla ich własnego dobra. Te bardziej ambitne wracały do pracy po 3-5 miesiącach nieobecności mimo że w wielu przypadkach zupełnie się to finansowo nie kalkulowało. (Jeżeli kobieta chce skorzystać z pełnego urlopu wychowawczego może nagle zostać poproszona przez firmę o przeniesienie się do placówki w innym mieście lub kraju, co właśnie z powodu nowonarodzonego dziecka równoznaczne jest z koniecznością złożenia rezygnacji. Korzystanie z urlopu wychowawczego przez mężczyzne jest jeszcze rzadsze - po rocznej nieobecności nie miałby on raczej szans na dalszą karierę w swoim koncernie). W Korei system żłobków praktycznie nie istnieje, a przedszkola i opiekunki do dzieci są horrendalnie drogie. Przy wynagrodzeniu kobiety szacowanym na średnim poziomie 62% tego, co otrzymuje mężczyzna, lepiej opłaca się jej zostać w domu i samej zajmować się dzieckiem. Ponadto kobieta, nawet jeżeli wróci do pracy, nigdy już nie będzie traktowana jak pełnowartościowy pracownik. W naznaczonej konfucjonizmem mentalności Koreańczyków podstawową rolą kobiety jest opieka nad dziećmi, mężem i gospodarstwem domowym. Ta dziedzina życia jest jej wrodzonym priorytetem, wynikającym z przypisanych jej przez naturę predyspozycji. Z tego powodu Koreańczycy zakładają unisono, że zawodowa kariera kobiety posiadającej dzieci w naturalny sposób schodzi na dalszy plan, a co za tym idzie nie można wymagać od niej poświęcenia, lojalności, efektywnej, ciężkiej pracy. Ma ona zupełnie inne troski na swojej głowie, zupełnią inną funkcję społeczną do spełnienia. W rezultacie pracującym matkom bardzo trudno jest odzyskać swoją zawodową wiarygodność oraz awansować w strukturze organizacyjnej koncernu nawet jeżeli jest to ich ambicją. Mimo często lepszego wykształcenia i kwalifikacji rola kobiet w korporacji jest w ten sposób całkowicie marginalizowana.

Na zakończenie tego dosyć przygnębiającego tematu mała nowalijka, którą zaproponowano w naszym przedsiębiorstwie - specjalne ubrania dla kobiet w ciąży, które... mają chronić przed promieniowaniem komputerowym...


Do wyboru trzy typuy sukni ciążowych do noszenia w pracy -
chodzi o ochronę przed promieniowaniem komputerowym...



Moja Korea w pigułce


W 2002 roku, kiedy po raz pierwszy otworzyły sie przede mną drzwi lotniska w Incheon a w twarz buchnął mi sierpniowy gorąc Korei, za aparat fotograficzny robił mi Mustek Mini bez ekranu, z matrycą 1,3 milionów pixeli (ekstrapolacja do 2 milionów) i 16MB pamięci wewnętrznej. Większość zdjęć wychodziła marnie albo w ogóle - na przykład tak jak wtedy, kiedy z wielkim poświęceniem, bo właśnie dla zdjęcia, jadłam larwy jedwabnika (번데기/beondegi), typowy przysmak koreańskich dzieci...


Beondegi - larwy jedwabnika, przysmak koreańskich dzieci
sprzedawany najczęściej na straganach lub w puszkach.
Źródło: 
http://www.streetbonersandtvcarnage.com 

Po jakimś czasie moja Współlokatorka wykosztowała się (ok. 700USD - pamiętam jak dziś, bo mało mnie zazdrość nie zżarła!)  na jednego z pierwszych Coolpixów Nikona. Miał ekran, robił śliczne zdjęcia, ba - nawet filmy! To był okres, kiedy cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero pojawiały się na rynku stąd ich ceny były dla wielu zaporowe nawet w Korei.

W 2004, przed moją podróżą po Azji, to ja z kolei wykosztowałam się (ok. 300USD) na przepiękną Minoltę Dimage XT. Był to jeden z pierwszych aparatów z wewnętrznym zoomem optycznym (3x). Maleńka, czerwona, z ekranikiem 1,5", rozdzielczością 3,2 milionów pikseli i załączoną kartą SD o rozmiarze 16MB zachwycała mnie swoim designem i jakością zdjęć. Dodatkowo zakupiłam największy dostępny rozmiar karty SD (wtedy to chyba było 1GB) i wyruszyłam w swoją podróż życia. Co chwila przeglądając zdjęcia i wykasowywując te gorsze, udało mi się zmieścić na aparacie ok. 600 ujęć i chyba żadnego filmiku - to wszystko po trzech miesiącach przepraw po kilkunastu krajach regionu. (Obecnie na tygodniowym wypadzie popełniam  więcej niż tysiąc zdjęć...)

Kiedy przyszło do zmontowania filmu promującego moją książkę o Korei zasoby moich folderów ze wcześniejszych lat świeciły pustką. Po pierwsze na początku mojego pobytu w Korei nie było mnie stać na aparat z tak wyszukanymi funkcjami. Po drugie, jak już było mnie stać, to ograniczały mnie małych rozmiarów karty pamięci oraz brak medium, dzięki któremu można byłoby się tymi filmikami z kimkolwiek dzielić - nie było po prostu bodźca, żeby takowe robić. Do tego doszły problemy z jakością - filmiki kręcone we wcześniejszych latach "nie zgadzały się" z tymi robionymi ówcześnie w technologii HD... 

Z tego powodu jeszcze przed przyjazdem do Polski na Targi Książki musialam trochę nabiegać się po Seulu (ale też i innych miastach), żeby przygotować jako taki materiał źródłowy do dalszej obróbki. Do całego przedsięwzięcia musiałam też zaangażować PWY, który razem ze mną biegał po mieście narażając się na dziwne spojrzenia koreańskich przechodniów, kiedy kręciliśmy nieruchome, długie ujęcia mojej twarzy w różnych miejscach miasta. W tym czasie oboje niewiele spaliśmy (dużo roboty), a pogoda nie dopisywała - wiał zimny wiatr wywołując u mnie nieprzerwany łzotok i było pochmurno zimowymi ostatkami. To dlatego te ujęcia wyglądały moim zdaniem dosyć ubogo. Cudu dokonała Kaja Kraska, siostra mojej przyjaciółki, która z ponad dwustu filmików (można pokusić się chyba o "W Korei - part two"~~) skompilowała świetne video przedstawiające całą kwintesencję tego, czym jest Korea. Co więcej razem ze swoim zespołem loudAir w tempie ekspresowym nagrała do filmu podkład muzyczny oraz zaśpiewała cały utwór! 

I tak właśnie, dzięki książce i dzięki temu video, doczekałam się niepowtarzalnego podsumowania moich doświadczeń w Korei. To naprawdę wspaniała pamiątka, ale też i namacalny punkt odniesienia do dalszych posunięć w moim życiu....

Voilà owoc naszych wysiłków!


Video "W Korei"
Montaż: Kaja Kraska. 
Podkład muzyczny: Kaja Kraska i zespół loudAir.



Miłość bez róż



Pan Lech Rościszewski nie zawiódł. W grudniu roku 2008 ujął mnie swoimi opowieściami o życiu na Antarktydzie, a teraz – przed spotkaniem autorskim na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki – pięknymi, bordowymi, oszałamiająco pachnącymi różami. Długie, nie przyozdobione trzy kwiaty, a poczułam się jak królowa. Pan Lech to prawdziwy gentelman, jakich na świecie już niewielu.


Róże od Pana Leszka


Po powrocie do Korei inny już Lech zapytał mnie, czy PWY przywitał żonę czerwonym chodnikiem i kwiatami. Wiadomo – ponad dwa tygodnie rozłąki, debiut literacki, te sprawy...

Było tak. Wylądowałam w poniedziałek po południu. Stęskniona jeszcze w samolocie włączyłam telefon i zadzwoniłam. PWY odebrał i nie dając mi dojść do słowa zakomunikował, że jest na spotkaniu i że oddzwoni. Wpakowałam się więc do autobusu i ruszyłam do domu. Potem przesiadłam się do taksówki, do której bagażnika własnoręcznie musiałam załadować okrutnie ciężką walizę z polskimi skarbami. (Koreańscy taksówkarze nie kwapią się do pomocy, bębniąc ze zniecierpliwienia palcami w kierownicę podczas gdy pasażer samotnie szamoce się z tyłu samochodu.) W domu powitała mnie Nabi, którą przez pół godziny musiałam nosić przewieszoną przez ramię w rewanżu za swoją niczym nieusprawiedliwioną nieobecność. Mruczała tak głośno, że aż kości wibrowały mi w rytm tego mruku. Ogarnęłam siebie i dom tylko przez chwilę zatrzymując wzrok na zeszycie z kotem na okładce. Kot miał zaróżowione policzki i gwiazdki w oczach. Pewnie zostawiła go mieszkająca tutaj podczas mojego wyjazdu koleżanka... Niewiele zastanawiając się wrzuciłam go do szuflady.




PWY wrócił do domu po dziesiątej. Tego dnia przyleciała delegacja z Japonii i nie mógł wyrwać się wcześniej. Leżałam już w łóżku próbując pokonać różnicę czasu. Uściskaliśmy się mocno, w ciszy, bez żadnych zbędnych pisków i łez. Jak bracia, którzy spotykają się po latach rozłąki. Podczas pogaduszek wyszło na jaw, że na firmowej kolacji nie pił tylko po to, żeby wrócić samochodem i żeby rano móc zawieźć mnie na stację metra. (W Korei to oznacza wiele, bo zazwyczaj szklaneczki odmówić nie można, szczególnie jeżeli oferuje ją starsza rangą osoba.) Następnego dnia zapytał, czy widziałam zeszyt, który mi kupił. A kupił, bo kotek był i nawet widniał pod nim napis „Nabi”...

Taki to mój czerwony chodnik i kwiaty Leszku, koreańska miłość bez róż.
Ale może to i dobrze, bo przecież nie ma róży bez kolców...



Pierwsza Książka


Pani Elżbieta Łukiewicz miała świetny pomysł. Przerabialiśmy właśnie "Sachem" Henryka Sienkiewicza i w ramach zadania domowego kazała nam Ona napisać nowe opowiadanie. Mieliśmy wczuć się w rolę dziesięcioletniego chłopca, ostatniego przedstawiciela plemienia Czarnych Węży, który w opowiadaniu Sienkiewicza "wystawiany" jest w cyrku jako największa atrakcja programu. Chłopiec, w swych tradycyjnych, plemiennych szatach, wykonuje wyuczone sztuczki, po czym zbiera datki od zgromadzonej publiczności prosząc o nie w obcym sobie języku. Języku najeźdźców, którzy wymordowali jego bliskich. Potworność sytuacji podkreśla fakt, że rzecz dzieje się na zgliszczach Chiavatty, rodzinnej wioski chłopca.

Opowiadanie Sienkiewicza wstrząsnęło mną do głębi. To były moje pierwsze zmagania z niesprawiedliwością świata, pierwsza styczność z ciemną stroną człowieka. Długo wyobrażałam sobie, że stoję na arenie, w świecie, którego nie znam i nie rozumiem, z dziwnie wyglądającymi ludźmi, którzy pokazują mnie sobe palcem głośno przy tym komentując. Czułam ogromną samotność, mentalne odrętwienie, niedowierzanie w realność rozgrywających się przede mną obrazów. Byłam przecież jedynie dzieckiem.

Moja "pani od polskiego" powiedziała, że opowiadanie napisałam lepiej do Sienkiewicza. Opinia ta, jakkolwiek przesadzona, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zdanie to gwałtownie szarpnęło jakąś uśpioną we mnie strunę i od tej pory muzyka miała już rozbrzmieć na dobre.

O wydarzeniu z dzieciństwa, które w jakiś sposób zdeterminowało moje życiowe wybory, na jakiś czas zapomniałam. Nawet wtedy, kiedy przyleciałam do Korei i zaczęłam prowadzić bloga po to, żeby poradzić sobie ze światem, którego nie znałam i nie rozumiałam, światem z dziwnie wyglądającymi ludźmi, którzy pokazywali mnie sobie palcem głośno przy tym komentując... To wtedy właśnie raz jeszcze poczułam ogromną samotność, mentalne odrętwienie, niedowierzanie w realność rozgrywających się przede mną obrazów... Pisanie było dla mnie samoterapią, próbą określenia siebie w tej nowej, jakże odmiennej rzeczywistości.

Po latach pisania bloga odważyłam się w końcu spojrzeć wstecz i ze zdumieniem odkryłam, że moje rozumienie Korei ewoluowało w sposób bardzo dynamiczny. Czasem we własnych wpisach zupełnie nie rozpoznawałam siebie. Dlaczego ujęłam to w taki, a nie inny sposób? Kim jest ta osoba? Na przestrzeni ostatnich 10 lat spędzonych w Korei zmieniłam się, w jakiś sposób dojrzałam, odnalazłam swoje korzenie. I tym razem zdecydowałam się ubrać to wszystko w książkę:




------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zainteresowanych zapraszam na spotkanie 12 maja (sobota) w Sali Mickiewicza w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, godz. 15.00-16.00, które odbędzie się w ramach organizowanych tam Targów Książki. Na spotkaniu postaram się opowiedzieć (w dużym skrócie!) o niektórych swoich doświadczeniach z Korei.

Podczas spotkania będzie można również nabyć książkę (jest ona również dostępna w ważniejszych księgarniach, również internetowych) oraz uzyskać dedykację. Dla pierwszych dwudziestu osób przewiduję małe upominki prosto z Korei :). 

Dla tych, którzy w Warszawie nie mieszkają lub nie mogą pojawić się na spotkaniu, proponuję napisanie wiadomości na email: pytanie@kwiatyorientu.com z prośbą o książkę z dedykacją. 

Do zobaczenia!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...